Tadeusz Pruszkowski – Mistrz Prusz

W tym odcinku rozmawiam z Anną Rudnicką-Litwinek, która opowiada o Tadeuszu Pruszkowskim, malarzu i nauczycielu, jednym z najbardziej wyrazistych i wpływowych twórców początku XX wieku.

Odcinek powstał w ramach współpracy z Wydawnictwem Marginesy, które wydało książkę "Mistrz Prusz. Więcej niż jedno życie".

Tadeusz Pruszkowski był malarzem i inspirującym nauczycielem, jednym z najbardziej wyrazistych i wpływowych twórców początku XX wieku. Dlaczego warto przyjrzeć się bliżej jego sztuce i życiu? I dlaczego, skoro był taki wyjątkowy, niewiele się o nim mówi? 

W tym odcinku rozmawiam w nim z Anną Rudnicką-Litwinek malarką i pisarką, która podjęła się trudnego zdania: opowiedzenia o Tadeuszu Pruszkowskim, postaci, która wymyka się wszelkim definicjom. Zresztą ta jego wszechstronność wybrzmiewa w tytule książki: „Mistrz Prusz. Więcej niż jedno życie.”

Dzięki współpracy z Wydawnictwem Marginesy, w ramach której powstaje ten odcinek, mamy okazję posłuchać historii twórcy, którego dokonania można by spokojnie rozdać między kilka osób i ich życiorysy wciąż byłyby bardzo interesujące.

Tadeusz Pruszkowski dzielił swój czas między przeróżne zawody, pasje, osoby i miejsca. Nie sposób o wszystkich jego wcieleniach opowiedzieć w podcaście, dlatego zadając pytania autorce skupiłam się na tym co mnie najbardziej interesuje, czyli na jego artystycznej drodze: na pracy jako malarz i profesor, wychowawca kolejnych pokoleń artystów.

Tadeusz Pruszkowski, Autoportret z fajką, 1915 r., Muzeum Narodowe w Warszawie

Pruszkowski uczył się malarstwa w Warszawie w Szkole Sztuk Pięknych. Zaczął studia wcześnie, kiedy miał 16 lat.

Był ulubionym uczniem Konrada Krzyżanowskiego, który bardzo szybko zauważył i docenił jego talent i zaangażowanie.

Pruszkowski malował ekspresyjnie, zdecydowanymi pociągnięciami pędzla, uwielbiał nasycone kolory.

Szanował osiągnięcia dawnych mistrzów, szczególnie Fransa Halsa i Rembrandta, ale ich nie kopiował. Był indywidualistą. Znalazł w malarstwie swoją drogę.

Oprócz tego, tym co wyróżniało Pruszkowskiego był jego charakter. W wielu relacjach na jego temat pojawiają się wspomnienia o tym, że był niezwykle pogodnym i charyzmatycznym człowiekiem. Miał w sobie otwartość, która przyciągała do niego innych ludzi. Te cechy idealnie sprawdziły się w jego pracy pedagogicznej. Jako profesor słynął z partnerskiego podejścia do studentów, dawał im dużo swobody.

Najpełniej jego wyjątkowy styl pracy objawiał się podczas letnich plenerów w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. To właśnie dzięki Pruszkowskiemu i jego regularnym przyjazdom ze studentami niewielkie miasteczko zaczęło tętnić artystycznym życiem. Prusz ze swoimi uczniami malował, dyskutował o sztuce i bawił się w swojej willi, do której przylatywał własnym samolotem.

W książce „Mistrz Prusz. Więcej niż jedno życie” Anna Rudnicka-Litwinek ujmuje życie Prusza w bardzo szerokim kontekście.

Pruszkowski żył w burzliwym czasie zmian politycznych, społecznych i kulturowych, które miały wpływ na niego i środowisko, w którym funkcjonował. Bez zagłębiania się w zawiłości tamtego świata trudno byłoby zrozumieć jego motywacje i decyzje, a także jego sztukę.

Ten szeroko nakreślony kontekst to ogromna zaleta tej książki i choćby dlatego warto po nią sięgnąć.

Jednak przede wszystkim warto ją przeczytać ze względu na głównego bohatera, Tadeusza Pruszkowskiego.

Żeby przekonać się, że warto to zrobić posłuchajcie (albo przeczytajcie) naszą rozmowę. Autorka opowiada o jego inspiracjach, Zuzi – żonie, którą bardzo często malował i której brązowe oczy, bardzo możliwe, że dobrze znacie, o jego metodach nauczania  i plenerach w Kazimierzu. Rozmawiamy też o tym gdzie dziś można natknąć się na ślady Tadeusza Pruszkowskiego.

Profesor Tadeusz Pruszkowski na tle dekoracji podczas "otrzęsin" nowych uczniów w swej pracowni, 1936 r., NAC

Martyna Kliks: Główny bohater naszej dzisiejszej rozmowy, Tadeusz Pruszkowski, to jest postać, którą trudno opisać jednym słowem, a jednak pani użyła jednego słowa na okładce tej biografii i to jest słowo mistrz. W czym Tadeusz Pruszkowski jest dla pani mistrzem?

Anna Rudnicka-Litwinek: Nie tylko dla mnie był mistrzem. Był mistrzem jeszcze za swojego życia dla swoich uczniów i uczennic w Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie. Był mistrzem dla swoich przyjaciół.

Przez te wiele lat pracy nad jego książką (kiedy porzucałam temat, wracałam, zniechęcałam się, różne drogi życiowe mi się zmieniały i nie sądziłam, że kiedykolwiek jednak zobaczę w publikacji moją książkę, biografię Tadeusza Pruszkowskiego) gdy tak wracałam do niego, to uczyłam się od niego tej radości życia.

Myślę, że i dla swoich uczniów, oprócz tego, że był mistrzem sztuki, i dla mnie był przede wszystkim mistrzem radości życia i i mistrzem takiego dobrego, pełnego pasji życia.

MK: Ja go poznałam jednak przede wszystkim jako malarza, widzę go więc jako „mistrza malarstwa”. To jest pierwsza rzecz, która mi przychodzi do głowy, kiedy myślę Tadeusz Pruszkowski. Ale po lekturze tej książki oczywiście te role się zmultiplikowały i  jest to lista prawie bez końca. Chciałabym się jednak dzisiaj skupić na jego malarstwie i na jego działalności artystycznej. Czy lubi pani malarstwo Tadeusza Pruszkowskiego?

AR-L: A to jest właśnie ciekawe, bo wydaje mi się, że on sam się wcale nie skupiał na swoim malarstwie i na swojej działalności artystycznej. Owszem to malarstwo było jego wyborem życiowym, ale tak naprawdę nie mam wrażenia, że to nie było w jakiś sposób takie zamknięte i bardzo skoncentrowane działanie tylko na sztuce i na malowaniu.

On to traktował jako narzędzie do tego właśnie dobrego życia. W pewien sposób, jak odkrył sztukę i malarstwo w młodości, jak był jeszcze takim chłopcem właśnie wyrzuconym z gimnazjum, który nie skończył trzeciej klasy i i musiał coś ze sobą, w zasadzie jego matka coś musiała z nim zrobić, to poszedł w tę sztukę, poszedł w takie wyrażanie się tylko przez sztukę i wychodziło mu to naprawdę świetnie.

Natomiast to było tylko narzędzie do takiego pełnego czerpania z życia i radości życia i po prostu cieszenia się tym życiem: że jestem na tym świecie, że mogę coś tam wnieść, że mogę coś zbudować, coś stworzyć. A to tworzenie tak naprawdę to nie musi być tylko malarstwo.

To tworzenie to są przecież bardzo różne dziedziny sztuki, ale to tworzenie to jest też organizacja życia społecznego, to tworzenie to jest też wynalazki, to tworzenie to jest to jest polityka. Tworzyć życie i tworzyć fajną przestrzeń wokół siebie można na różne sposoby, a że jednym z tych sposobów też jest bycie artystą i bycie malarzem….

Ja doskonale rozumiem Tadeusza, bo ja sama jestem malarką, ale dla mnie to jest za mało. Nie można się wyrażać tylko za pomocą plastyki.  To znaczy [śmiech] oddaję hołd wszystkim, którzy tak robią i którzy tylko za pomocą sztuki się wyrażają. Mnie zawsze czegoś brakuje i mam wrażenie, że dlatego tak dobrze rozumiałam się z bohaterem mojej książki, ponieważ jemu zawsze też mam wrażenie brakowało czasu, brakowało przestrzeni i doba była za krótka, żeby się zająć tym wszystkim.

On naprawdę był nie tylko malarzem, co może też oznaczać, że tym malarzem może nie do końca był takim bardzo wybitnym, jak wielu jego kolegów z tego samego czasu czy wielu artystów w ogóle w kulturze polskiej. Może dlatego nie do końca tak pamiętamy Tadeusza Pruszkowskiego jako wybitnego malarza.

Tadeusz Pruszkowski, Piastuny, 1917 r., Muzeum Narodowe w Lublinie

AR-L: Ja sobie bardzo cenię jego portrety, jego autoportrety chyba najbardziej.

Bardzo ciekawi mnie to wczesne malarstwo historyczne, które uprawiał. Ale mam wrażenie, że on w tym momencie też chciał coś tym malarstwem historycznym przekazać.

To też było narzędzie do wpływu na społeczeństwo, do przekazania swoich myśli, do jakiejś takiej gry politycznej.

Później to malarstwo historyczne porzucił na rzecz portretów, autoportretów i to do mnie o wiele bardziej przemawia.

AR-L: Autoportrety, szczególnie ten wspaniały, który jest na okładce, czyli Autoportret z fajką, jest chyba jednym z moich ulubionych. Ale mam też taki ulubiony, w którym on ma na głowie czapkę trochę przypominającą kucharską i są na niej słowa jakby wyrzeźbione, wymalowane: liberté, égalité, fraternité. To są oczywiście hasła rewolucji francuskiej, ale to są też takie hasła pasujące do charakteru Prusza.

Co ciekawe, on ten obraz wysłał na wystawę moskiewską. Tam już tak naprawdę było po rewolucji długo, ale nie była to rewolucja w stylu francuskim. Tam jednak nastąpił zwrot w kierunku autorytaryzmu i dyktatury. Więc to może też był taki na przykład manifest, który on wysłał do do Moskwy po to, żeby pokazać czym dla niego jest wolność i jakie ma  poglądy. Więc to malarstwo też  było dla niego narzędziem. I w takim kontekście ja myślę o Pruszu jako o malarzu.

Każde narzędzie, które on brał w swoje ręce, czy to był samolot, czy to była kamera, czy to były spotkania towarzyskie, czy to była polityka, czy to było malarstwo, to były narzędzia do wyrażania siebie. W związku z czym nie wiem, czy możemy mówić o nim tylko jako o wybitnym malarzu, bo chyba nie o to chodziło w jego malarstwie.
Anna Rudnicka-Litwinek

MK: I to też wybrzmiewa w tej książce, w której to malarstwo przeplata się ze wszystkimi innymi działaniami. Ważną postacią w sztuce Prusza jest jego żona. Bardzo fascynująca postać, którą pani bardzo interesująco w tej książce przedstawia. Zofia, Zuzia. Porozmawiajmy trochę o ich relacji.

AR-L: Zuzia była jego muzą i mistrzynią. Zuzia to była tak naprawdę jego chyba jedyna miłość przez całe życie. Miał takich romansów i i fascynacji kobietami wiele, ale to Zuzia pojawiała się od wczesnej młodości na jego wszystkich obrazach. To Zuzia była dla niego właśnie taką muzą, przez którą on też wiele mówił, bo te obrazy, w których on zaprosił swoją żonę do tego, żeby mu pozowała, to też nie są tylko i wyłącznie obrazy Zuzi.

Na przykład ten piękny obraz Kaktusy, w którym Zuzia jest taka melancholijna i który często interpretowany jest jako symbol małżeństwa, ponieważ w tle jest taka para zawieszona na szprosach okna na sznureczku. To jest taki mały element, którego na pierwszy rzut oka nie widać w tym bardzo kolorowym obrazie.

Natomiast ja w tym widzę taką parę wisielców. Ten motyw wisielca się powtarzał przecież u Prusza przez całe jego życie, co jakiś czas do niego wracał. W związku z czym wtedy w tym obrazie nie chodziłoby do końca tylko o Zuzię, która jest na pierwszym planie taka melancholijna, razem z tymi kaktusami taka delikatna, zamyślona, ale może też chodziło o to, żeby coś opowiedzieć o tym małżeństwie właśnie, żeby coś przekazać wspólnie.

 

Tadeusz Pruszkowski, Portret Zofii Pruszkowskiej (Kaktusy), 1920 r.

AR-L: Zuzia troszkę zniknęła w cieniu Tadeusza. Sama była przecież malarką, ale tak naprawdę nie wyraziła się, nie była tak ekspresyjna, nie była chyba aż tak przebojową, silną osobowością jak on.

I wszyscy, łącznie z przyjaciółmi i z uczniami, uczennicami Prusza, traktowali Zuzię jak tło dla Tadeusza. Taką postać, bez której on nie istnieje, ale która jeszcze bardziej podbija jego energię, jego wibrację życiową, jego dynamikę. W kontraście do niej, do jej delikatności w tych tiulach, muślinach, kapeluszach, a tutaj on ten wielki, silny, taki potężny Grubas, jak na niego przecież mówili, jeszcze bardziej się wybija, jeszcze bardziej jest wulkanem życia i energii i i duszą towarzystwa. Więc ten kontrast między nimi jest fascynujący. Chyba ten układ się jednak sprawdzał u nich, dlatego że przez całe życie byli bardzo blisko.

To były też takie czasy, kiedy te relacje były luźne, szczególnie w środowisku artystycznym. One bardzo często się rozpadały. Ci ludzie zmieniali sobie żony, mężów: drugi, trzeci, czwarty. Częściej nawet niż dzisiaj. Natomiast Tadeusz z Zuzią byli razem jednak całe życie i całe życie przeprowadzali się razem z jednego miejsca do drugiego, całe życie się wspierali. Ona się pojawiała na jego obrazach. On był dla niej na tyle ważny, że do końca życia podpisywała się jako Tadeuszowa Pruszkowska. Zuzia zrezygnowała nie tylko ze swojego nazwiska Katarzyńska, ale nawet po części ze swojego imienia.

I można się zastanawiać, dlaczego tak było, bo to przecież były też czasy emancypacji kobiet. Czasy, kiedy kobiety odzyskiwały swoje prawa do noszenia spodni, do zarabiania, do głosowania oczywiście, do decydowania samodzielnie o swoich wyborach życiowych, przebijały się w różnych zawodach. A Zuzia pozostała muzą i osobą, która po prostu była jak z innej epoki zupełnie, elementem życia Prusza.

Ale ja bym to zniuansowała troszkę inaczej: może oni razem tworzyli pewną całość. To my interpretujemy, że ona została wchłonięta przez Tadeusza i była jego częścią. Tak naprawdę on też był jej częścią. I oni razem stworzyli taką kontrastującą, ale dopiero wspólnie pełną parę, którą w zasadzie może powinnam bardziej jeszcze uwydatnić.

Tadeusz bez Zuzi nie byłby tym Tadeuszem, jakiego znamy. Czy on bez Zuzi byłby aż tak radosny w swoim życiu? Nie sądzę. Myślę, że Zuzia była niezbędna, by ta jego energia życiowa mogła w pełni wybrzmieć.
Anna Rudnicka-Litwinek

MK: I też, żeby to malarstwo tak wyglądało, bo analizując twórczość Pruszkowskiego, widać, że Zuzi jest bardzo dużo na tych wszystkich obrazach.

AR-L: Tak, a jeszcze dużo szkiców i dużo obrazów przepadło. Zuzia była jego pierwszą muzą. Kiedy tylko miał natchnienie, wenę, to ona była blisko i prosił ją, żeby mu pozowała. Dlatego sporo tych szkiców, które się zachowało, ma w sobie kształty i rysy twarzy Zuzi, pomimo że nie są podpisane, że to jest Zuzia.

Tadeusz Pruszkowski, Melancholia, 1925 r., Muzeum Narodowe w Warszawie

AR-L: Myślę, że po prostu Zuzia była dla niego takim dziełem sztuki, które podziwiał. No bo jak miał w sobie ten podziw dla życia, podziw dla natury, podziw dla muzyki, dla myśli człowieka, która się przeradzała w jakieś nowe technologie jak samochód, jak samolot, to wydaje mi się, że dla swojej żony też miał podziw. Patrzył na nią całe życie jak na ucieleśnione dzieło sztuki, które on dostał w zaszczycie i może je cały czas szkicować i malować.

Z dzisiejszej perspektywy ta relacja między nimi może się wydać nierówna. A oni mieli inne role. Mam nadzieję i myślę, że ten szacunek wobec siebie wzajemnie mieli naprawdę przez całe życie, co jest bardzo ważne w utrzymaniu takiej dobrej relacji w związku.

MK: Obecność Zuzi zauważali też zresztą uczniowie Tadeusza Pruszkowskiego. To jest bardzo ciekawa i bardzo liczna grupa. Następnym obliczem Tadeusza Pruszkowskiego jest bycie pedagogiem. Ja nie wiem, czy to nie jest jego najważniejsza rola, taka, która najwięcej wniosła do historii sztuki. Porozmawiajmy o tym jego obliczu, o pedagogu Tadeuszu Pruszkowskim i o jego metodach, które dla wielu były kontrowersyjne, bo to nie było takie tradycyjne nauczanie sztuki.

AR-L: Na pewno pozostawianie takiej wolności, jaką on zostawiał swoim uczniom i uczennicom, to nie było coś charakterystycznego w czasach, kiedy tak naprawdę edukacja polegała jednak na „terroryzowaniu”.  Najpierw młodych ludzi, potem tych dojrzałych, którzy jeśli nie byli w ramach, to w zasadzie powinni już nic nie chcieć od tych dorosłych profesorów, tylko co najwyżej uwielbiać ich, przyglądać im się, służyć im i w ich pracowniach podawać pędzle i je myć.

A u Tadeusza było coś takiego, co może było analogiczne do nauczania Korczaka, do nauczania Montessori, które dopiero wówczas się rodziło, że okazujemy sobie nawzajem szacunek. I tak naprawdę szacunek nie tylko od młodości w kierunku dojrzalszych już twórców i profesorów, co w drugą stronę tak samo. Bo dawanie uczniom i uczennicom tej wolności, jaką dawał Tadeusz, to było okazanie im szacunku. Mówienie: ja wierzę w wasz talent, ja wierzę w waszą samodzielność i w waszą pracę, ja mogę wam zaufać i wy mnie nie zawiedziecie. Rozmawiamy sobie, a ja wracam za tydzień dopiero do pracowni i tak naprawdę zobaczę już dzieła, nad którymi pracowaliście i będziemy rozmawiać jak równi sobie. Co z tego, że ja jestem waszym profesorem, a wy jesteście moimi uczniami czy uczennicami. Szanujemy się, w związku z czym ja nie muszę stać nad wami, wy nie musicie mi służyć i podawać tych pędzli, tylko po prostu jesteśmy artystami na równi. Chociaż ja mam większe doświadczenie od was, ale jestem po to żeby wam je przekazać i pomóc.

Więc de facto robił coś takiego, co dopiero dzisiaj się mówi, że taki profesor, taki mistrz, taki nauczyciel, on może mieć taką rolę trochę służebną, bo przekazuje, podpowiada, wspiera, a nie wykorzystuje, i domaga się jakiegoś uwielbienia i uznania.

Naprawdę taki szacunek i taka równowaga między Pruszem a jego uczniami i uczennicami i to było coś takiego, co mnie tak zachwyciło, że chyba też w tym widzę najbardziej właśnie jego rolę mistrza. Myślę, że każdy z nas zawsze marzył, żeby takiego mistrza w swoim życiu spotkać, który by nas szanował, chociaż jeszcze jesteśmy zieloni, chociaż jeszcze mało wiemy, chociaż jesteśmy młodzi.

Nikt nas w żaden sposób nie poniża, nie umniejsza nam, tylko widzi w nas potencjał i tak naprawdę z szacunkiem nam pomaga ten potencjał rozwinąć. Teresa Roszkowska mówiła, że on wszystkich  traktował jak jakieś drożdże i podrzucał tylko taką pożywkę, a oni wszyscy puchli i rośli w jego oczach, właśnie jak na tych drożdżach. I nieważne było, jakim kto się talentem wykazywał, czy większym, czy mniejszym, z jakiej warstwy społecznej pochodził, jakiej płci był, z jakiej rodziny, bogatej czy biednej. Dla niego liczyło się tylko to, że on może podrzucić jakąś pożywkę żeby ten talent się rozwinął.

Ja bym powiedziała, że dodawał im skrzydeł. Widział, że są tacy nieśmiali, boją się wylecieć z tego gniazda, więc ich tak delikatnie wypychał i mówił: nie bójcie się, naprawdę polecicie, naprawdę jesteście uzdolnieni, naprawdę poradzicie sobie, a ja was będę asekurował, jakby co. Zachęcał ich, ale dawał im też bezpieczeństwo.

Oni nauczyli się też od niego nawzajem się wspierać. Powstawały grupy artystyczne, w których nawzajem sobie pomagali. I tak naprawdę, gdyby nie jego umiejętności pedagogiczne, gdyby nie był takim mistrzem, który im to tłumaczy, jakie to jest ważne, to być może tak wiele tych grup artystycznych by nie powstało.

To jest chyba największa jego rola i w tym był naprawdę mistrzem. Był mistrzem łączenia ludzi, mistrzem wydobywania ich talentów, mistrzem inicjowania, a reszta już się działa sama. On sam był po prostu jak iskra. W którymś zresztą wywiadzie tak właśnie go nazwałam, że on był jak taki zapłon w samolocie, taki iskrownik: on nadaje start, a reszta już się dzieje.

MK: To wszystko pięknie brzmi, ale chyba nie każdy się odnajdywał w tym systemie nauczania Prusza. Zresztą w książce pojawia się taki fragment, który o tym mówi. Zdaje się, że chodziło o kobietę, która wolałby żeby ktoś ją lepiej przypilnował i pokierował. Więc te metody Prusza nie były przez wszystkich pozytywnie odbierane.

AR-L: W książce chodzi o Monikę Żeromską, która faktycznie nie odnalazła się w tym systemie nauczania i traktowania studentów, jaki preferował Prusz. Oczywiście, że znamy takie osoby. Nie każdy umie sobie poradzić z wolnością. To jest dar, ale to jest i obciążenie, bo na nas wtedy spoczywa odpowiedzialność za nasze wybory, a rzeczywiście dość łatwo jest funkcjonować według ram, które ktoś narzuci.

AR-L: I czasami sama myślę, że chciałabym, żeby ktoś mi po prostu pokazywał palcem i po prostu mówił mi, co mam robić i wtedy wszystko byłoby łatwiejsze, wtedy ja też nie byłabym odpowiedzialna za różne błędy, które popełnię, prawda? Bo to ktoś mnie źle nauczył, to ktoś mi źle pokazał, to nie była moja wina. Okej, ja to rozumiem. To jest taka wygoda.

Natomiast chyba Prusz nie przepadał za takimi ludźmi i wydaje mi się, że wtedy oni nie czuli, być może, że są przez niego partnersko traktowani. Jeśli on dawał wolność to wymagał odpowiedzialności. I jeżeli widział, że wolność nie jest w żaden sposób twórczo rozwijana, to prawdopodobnie też się nie angażował w relacje z taką osobą. Ta osoba mogła czuć się niezauważana przez niego.

Nie każdy się faktycznie odnalazł w tym systemie, ale były też inne pracownie, np. Karola Tichego i innych twórców, którzy mogli przygarnąć takich artystów, którzy woleli jednak bardziej tradycyjne ramy.

Oni nie byli pokrzywdzeni przez Prusza, tylko wchodząc do pracowni Prusza, musieli przyjąć pewne zasady i musieli przyjąć pewne założenia. Dzięki temu tak naprawdę z jego pracowni wychodzili bardzo samodzielni i bardzo różnorodni ludzie. To też sprawiło, że my te nazwiska zapamiętaliśmy.

Wiele osób, które funkcjonuje tylko i wyłącznie w pewnych narzuconych ramach, to są osoby, które później samodzielnie nie stworzą ciekawych rzeczy i znikają gdzieś w przestrzeni. W związku z czym możemy pogratulować Pruszowi jego drogi pedagogicznej, ponieważ tak naprawdę jego szacunek do wolności i partnerskie traktowanie studentów i uczenie ich odpowiedzialności i samodzielności spowodowało, że mamy tak wiele wybitnych nazwisk, które potem sobie dobrze radziły w świecie kultury i sztuki. Jego droga pedagogiczna wydaje mi się dużo bardziej słuszna.

MK: Czyli jakby pani miała wybierać, to chciałaby pani być studentką Prusza?

AR-L: Zdecydowanie. Ja sobie cenię wolność, ja jestem osobą, która nie przepada za posiadaniem szefa. No i całe życie szukam takiego szefa jak Prusz [śmiech], bo chyba tylko właśnie w takich relacjach bym mogła się odnaleźć. Gdyby ktoś dał mi kierunek, a potem mnie zostawił całkowicie już samodzielnie do wykonywania tego zadania.

Wiem, że to jest trudne znaleźć kogoś takiego i dlatego też napisałam tę książkę, bo chciałam przypomnieć o kimś takim, kto nie bał się takiej relacji z ludźmi i takiej relacji ze swoimi uczniami. A to dawało wspaniałe efekty, ten szacunek dla młodych ludzi generował potem niesamowite efekty twórcze, rozwijał ogromne talenty, dawał nam takie nazwiska, które miały ogromny wpływ na naszą kulturę.

To, co zrobił Prusz, odbija się echem sto lat później. Gdyby więcej osób poczuło, że tak należy traktować siebie wzajemnie, jak Prusz traktował swoich uczniów i uczennice, to myślę, że nasza kultura i nasze społeczeństwo byłoby jeszcze bardziej bogate, dynamiczne, twórcze, tych nazwisk byłoby jeszcze więcej.

Tadeusz Pruszkowski pośród uczniów (m.in. najwyżej poruszona Teresa Roszkowska), Narodowe Archiwum Cyfrowe

MK: Mówimy o szacunku, ale możemy też powiedzieć o sympatii i wydaje mi się, że największym wyrazem tej sympatii były wieczory, które oni razem spędzali na plenerach w Kazimierzu Dolnym. Co tam się nie działo! Proszę opowiedzieć o Kazimierzu Dolnym i Tadeuszu Pruszkowskim.

AR-L: Tam się budowały relacje, tam się tworzyły przyjaźnie, tam się inicjowały związki, tam powstawały dzieła sztuki, tam się tworzyły wspomnienia na całe życie, najpiękniejsze dla wielu z nich. Rzeczywiście Kazimierz Dolny już wcześniej był takim miejscem, do którego artyści bardzo lubili przyjeżdżać, lubili tam malować.

Wojciech Gerson, Rynek w Kazimierzu, 1853 r., Muzeum Narodowe w Lublinie

MK: Co jest takiego w tym Kazimierzu?

AR-L: Atmosfera, klimat, plener, rozlewisko Wisły, to się nazywa Dolina Przełomu Wisły, gdzie rzeka stworzyła taki wąwóz, przez który płynie, po obu stronach są wyniesione brzegi, w związku z czym jest przepiękna panorama. Zachowało się miasteczko z renesansowymi kamienicami, co jest ewenementem w skali naszego kraju.

Kazimierz Dolny współcześnie

AR-L: Ono jest otoczone wąwozami, takimi wzgórzami, przez co się tak naprawdę nie rozbudowało, tylko zostało na małym obszarze, właśnie tu przy brzegu Wisły.

Po drugiej stronie jest Janowiec, który jest takim trochę analogicznym miejscem, korelującym z Kazimierzem Dolnym. To daje taką piękną perspektywę wzajemną. Oprócz tego, że Kazimierz jest piękny, to ma te piękne ruiny zamku Janowca po drugiej stronie Wisły.

Zachody słońca nad Wisłą, gdy Prusz leciał samolotem z Warszawy, Wisłodromą, czyli wzdłuż Wisły, to to znikające to słońce nad nadwiślańską plażą, za tymi wzniesieniami, to jest po prostu coś tak pięknego, że trudno to opisać.

Musicie sobie państwo zobaczyć na filmach, na zdjęciach, przyjechać. Prusz miał taki dylemat, bo on kochał to miejsce, ale też nie chciał za bardzo go reklamować, bo sam pisał o tym, że: A jak się zjedzie za dużo turystów, to wtedy oni wszyscy zobaczą, że to jest takie piękne miejsce i co tu zrobić? Jest to jedno z piękniejszych miejsc w Polsce, i ma ostać takie piękne, takie cichutkie i schowane między wysokimi brzegami nadwiślańskimi.

Widok na rynek w Kazimierzu Dolnym od strony fary, ok. 1875 r., Muzeum Narodowe w Warszawie

AR-L: W Kazimierzu był też taki tygiel kulturowy, to była duża mieszanka społeczeństwa żydowskiego, ludzi mieszkających tam na stałe oraz przyjezdnych artystów, którzy byli z sympatią i przymrużeniem oka akceptowani.

Dużo tam było takiego „twórczego fermentu”, co na przykład zauważyła Maria Kuncewiczowa, która się tam osiedliła i pisała wspaniałe książki z Kazimierzem w tle, w tym słynne „Dwa księżyce”, czyli jeden księżyc nad Kazimierzem, a drugi odbity w wodach Wisły.

To jest klimat, który nie tyle stworzył Tadeusz, co on tak naprawdę go zachował.  Przywiózł tam tych wszystkich uczniów, zaprosił ich: zobaczcie! I dał im wolność.

Ale też w pewnym ramach, bo on kazał im tam naprawdę pracować, nie pozwolił im robić sobie czego tylko chcą całymi dniami. Oni musieli  wstawać rzeczywiście o 5:00 rano, iść malować, z przerwą na jakąś plażę, na jakiś obiad. I te wszystkie spotkania towarzyskie, o których się czyta, odbywały się dopiero wieczorem, po ciężkiej pracy.

To były spotkania w domu u Tadeusza, to były spotkania gdzieś w rejonie Kazimierza, na Górze Trzech Krzyży, w ruinach zamku, na nadwiślańskim brzegu. I za każdym razem ci wszyscy młodzi artyści, zawiązywali ścisłe więzi, które później przekuwali w stowarzyszenia artystyczne, we współpracę już do końca życia. To są takie momenty, które Teresa Roszkowska nazwała, że to był najpiękniejszy czas w jej życiu, że to były najpiękniejsze dni, że te przyjaźnie pozostawały już na resztę życia.

Te wspomnienia wracały i później pojawiały się w książkach, w filmach, które kręcił Aleksander Ford, który przecież był asystentem tego słynnego filmu Prusza, który on nakręcił w Kazimierzu Dolnym w 1926.  Można powiedzieć, że Prusz natchnął Aleksandra Forda, który potem został filmowcem.

To były takie wspomnienia, które później wracały w malarstwie każdego z tych uczniów i uczennic. Po wielu, wielu latach wciąż malowali te wspomnienia albo wracali do Kazimierza i malowali Kazimierz jeszcze raz i jeszcze raz. To miejsce jest wyjątkowe na skalę Polski i na skalę Europy, tak bym powiedziała.

Prusz był z nim związany jeszcze w jeden sposób, niezwykle wyjątkowy. Ponieważ, o czym on sam prawdopodobnie nie wiedział, jego pochodzenie od Piastów wiązało się z tym, że ruiny zamku, zbudowane przez Kazimierza, czyli jednego z jego przodków i być może dlatego Tadeusz czuł, że to jest takie jego miejsce na ziemi.

On zbudował tam wspaniały dom-pracownię, który był otwarty dla jego uczniów, w którym powstawały obrazy, który z założenia miał być pracownią, a nie jego prywatną jakąś willą, domem. Chciał tam zakorzenić sztukę i tych wszystkich artystów, których tam przywiózł. Miał nadzieję, że kolejne pokolenia będą tam wracać i że tam będzie po prostu miejsce, które będzie inspirowało jeszcze długo po tym, jak on przestanie istnieć. Czyli znowu to było narzędzie, ten Kazimierz Dolny, to była iskra, którą on tam rozpalił i ona się tli i płonie do dzisiaj.

Tadeusz Pruszkowski, Autoportret, 1926 r., Muzeum Narodowe w Poznaniu

MK: Myślę, że praca nad tą książką i nad tymi wszystkimi motywami i wątkami, o których teraz rozmawiamy, była na pewno bardzo przyjemna, na przykład wycieczki do pięknego Kazimierza, ale były też na pewno wyzwania. Jak się pisało tą książkę?

AR-L: Trudno. Trudno się pisało, ponieważ połączyć te wszystkie elementy, którymi zajmował się Prusz, i stworzyć z tego taką płynną narrację, to było wyzwanie, które czasami mnie przerastało. Musiałam odpocząć sobie od tego projektu, odsunąć się i spojrzeć na to chłodnym okiem gdzieś z dystansu i dopiero potem wracałam.

Wracałam, bo wpadało mi do głowy, w jaki sposób połączyć motyw lotnictwa z motywem filmowym albo motyw polityki z motywem twórczości i bycia artystą wolnym i niezależnym.

AR-L: To naprawdę była trudna praca, bo to było jak układanie takiej mozaiki albo takich puzzli, które po prostu są z tak drobniutkich elementów i są tak rozsypane, że szukamy najpierw rogów, szukamy brzegów, nie ma tych brzegów. W środku jest po prostu kakofonia kolorów, wzorów i dźwięków. Co do siebie ma pasować? Nie wiem.

Wydaje mi się, że dałam radę, że Prusz byłby dumny i zadowolony z tego, jak ułożyłam tę mozaikę o nim. Jest to taki obraz wielobarwny, kolorowy, ale spójny.

Miałam motto, które co jakiś czas wracało do mnie, słowa Prusza. 

Prusz mówił swoim uczniom i uczennicom, że można naprawdę malować czymkolwiek, palcem, patykiem, ma tylko nie być nudno. To było moim głównym motywem. Żeby przedstawić życiorys Tadeusza, jego twórczość i to, co wokół siebie tworzył, tak żeby nie było nudno.
Anna Rudnicka-Litwinek

MK: Nie jest nudno! Warto poznać Tadeusza z tej książki. A gdzie jeszcze można się z nim i jego sztuką spotkać?

AR-L: Jego obrazy są w Muzeum Narodowym w Warszawie, są w Muzeum Nadwiślańskim w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą, są w Muzeum w Lublinie. Nie jest ich wiele, dlatego że on też nie tworzył wiele.

Od pewnego momentu, jak został profesorem, to więcej czasu poświęcał jednak swoim uczniom i uczennicom niż własnej twórczości. Dlatego mamy bardzo niewiele jego prac. Część jest rozproszona po świecie. Nie wiemy nawet, czy się zachowały. Na przykład jeden z jego obrazów zakupił król włoski i nie mam informacji, czy ten obraz zalega w jakimś magazynie czy w ogóle nie przetrwał, czy poszedł gdzieś w świat dalej…

Mam też nadzieję, że dzięki tej książce zaczną pojawiać się kolejne obrazy i kolejne pamiątki po Tadeuszu. Być może komuś nie wydawały się do tej pory istotne, ale może teraz ktoś przeczyta i zobaczy co wspaniałego schowało się tam gdzieś w kącie i pokażę to światu.

Nie zachował się na pewno film, który Tadeusz nakręcił w 1926 roku. Był dwa tygodnie wyświetlany w kinie Splendid w Warszawie i niestety przepadł w czasie zawieruchy wojennej, ale ja nadal mam nadzieję, że może gdzieś ktoś jednak chociaż fragment tej taśmy odkryje. Dlaczego nie? Cuda się zdarzają! Bardzo zachęcam do tego, żeby poszukiwać pamiątek po Tadeuszu Pruszkowskim.

Te kilka miejsc, o których wspomniałam… Tam można pojechać i zapoznać się z twórczością Tadeusza. Liczę na to, że jeszcze wiele zobaczymy. Jest na przykład w kościele w Poznaniu malowidło pędzla Prusza. Poza tym jakieś ilustracje książkowe, które gdzieś pojawiają się czasem na aukcjach w Desie.

Nie możemy w jednym miejscu podziwiać całości. I wydaje mi się, że nigdy też nie udało się (od czasu, kiedy już nie ma z nami Prusza, od tego tragicznego rozstrzelania przez gestapo w 1942 roku) zorganizować wystawy poświęconej stricte twórczości Tadeusza Pruszkowskiego. Chyba nie ma aż tylu dzieł, żeby można było pokazać taką indywidualną, wspomnieniową wystawę.

Organizowane są wystawy kręgu Prusza, pokazuje się jego prace z pracami uczniów. On pewnie by nie miał nic przeciwko, bo zdawał sobie sprawę z tego, że nie poświęca tyle czasu własnej twórczości, ile może powinien, ale to nie było dla niego istotne. Dla niego istotni byli jego uczniowie i uczennice byli jego rodziną, więc to, co oni stworzyli, to też poniekąd są dzieła Prusza. I mam nadzieję, że dzięki tej książce teraz patrząc na przykład na twórczość Fangora, Cybisa, Zamoyskiego, Jędrzejewskiego, Kubickiego, Teresy Roszkowskiej, Jadwigi Przeradzkiej, to my też zobaczymy w tym dzieło Prusza.

Tadeusz Pruszkowski wśród obrazów wykonanych w pracowni malarstwa dekoracyjnego (obok niego Leon Wyczółkowski), 1936 r., NAC

MK: Myślę, że tak będzie. A co dalej? Trochę wiem, co dalej… Pracuje pani właściwie nad kontynuacją. Był Prusz, a teraz uczennica Prusza, prawda?

AR-L: Można tak powiedzieć, ponieważ Teresa Roszkowska była jedną z jego ukochanych uczennic i trochę mam wrażenie, że była taką jego duchową córką, którą ja też się troszkę czuję, [śmiech].

Rozmawiam sobie teraz w głowie z Teresą i będę starała się napisać w krótkim czasie opowieść o Teresie, która przybliży państwu jej wspaniałą postać. Była wyjątkową artystką, z wyjątkową duszą, ceniącą sobie wolność i niezależność. Wybijała się ponad swoje czasy i tak naprawdę dopiero chyba dzisiaj możemy docenić i jej twórczość, i jej styl bycia, i jej odwagę, i jej niezależność.

A Prusz już wówczas ją doceniał, bardzo go zachwycała. Jest niestety też niesłusznie zapomniana, a ja chciałabym przywrócić opowieść o Teresie Roszkowskiej jako takiej wybitnej artystce, ale też silnej, niezależnej kobiecie, która po prostu żyła wolna jak ptak.

MK: Z tymi piórami we włosach, dokładnie tak!

AR-L: Zdecydowanie, ona miała swoje własne skrzydła i były to takie motywy, które krążyły wokół niej, które kochała. Kochała zbierać pióra, kochała je nosić we włosach. Proszę sobie wyobrazić taką osobę, która w latach dwudziestych chodzi w takim bardzo współczesnym koku na głowie, w którym wetknięte są te pióra. Chodzi w strojach, które są uszyte według jej własnego projektu, jest zupełnie niezależna w stylu bycia, w wypowiedziach, w zachowaniu. Takie osoby tak naprawdę popychają świat do przodu, bo my widzimy dzięki nim, że są inne drogi, są inne możliwości, że nie musimy się zamykać w ramach, one rozpychają te ramy, przecierają nam nowe szlaki i my już czujemy, że możemy w tamtym kierunku też pójść. To jest wspaniałe, to są dla mnie takie zachwycające osoby, o których warto pisać, którymi warto się też tak naprawdę inspirować.

MK: To będzie fascynująca opowieść, oby była taka fascynująca jak ta o Pruszu. Bardzo dziękuję za tą ciekawą rozmowę!

AR-L: Dziękuję serdecznie i zapraszam do czytania!