
Love story: Aleksander Gierymski
W tym odcinku odkrywamy prywatną stronę Aleksandra Gierymskiego. O kim malarz pisał: „…zakochany jestem jeszcze w Jej ruchach, łzach, paru pięknych słowach…”? Co ich łączyło? I jakie obrazy Gierymskiego są pamiątkami po tej fascynacji?
„Jeżeli co wiesz o Niej, to mi proszę Cię, napisz z największymi detalami. (…) Chyba musi się jeszcze tam tlić coś we mnie, kiedy jak teraz piszę, stanęła mi Ona przed oczami z całymi swoimi wdziękami. I zejść mi nie może.” O kim pisał w ten sposób malarz Aleksander Gierymski? Co ich łączyło?
To odcinek podwójnie wyjątkowy. Po pierwsze dlatego, że jest to kolejny, już trzeci odcinek z cyklu „Love story”, w którym opowiadam o miłościach artystek i artystek. Odcinki z tego cyklu zawsze pojawiają się w okolicach Walentynek. Do tej pory opowiedziałam love story Zofii Stryjeńskiej i Olgi Boznańskiej. W tym roku bohaterem jest Aleksander Gierymski, jeden z najważniejszych i moim zdaniem najciekawszych artystów końca XIX i początku XX wieku.
Gierymski nie jest wyborem przypadkowym. W grudniu na moim profilu na Instagramie zorganizowałam Malarską Ligę Mistrzów. Wybrałam szesnaście polskich artystów. Na podstawie losowania umieściłam ich w drabince pucharowej. W poszczególnych rundach, które odbywały się w kolejne weekendy grudnia, artyści toczyli ze sobą „pojedynki”. Obserwatorki i obserwatorzy mojego profilu wybierali w głosowaniu, którego artystę lub artystkę wolą. Było dużo emocji i zaskoczeń. Kto by się spodziewał, że Jan Matejko odpadnie w pierwszej rundzie z Tamarą Łempicką?! Ostatecznie w ścisłym finale znaleźli się Stanisław Wyspiański i Aleksander Gierymski. Wygrał Gierymski, dość widoczną przewagą: 56% do 44 %. Nagrodą w Malarskiej Lidze Mistrzów było zostanie bohaterem odcinka podcastu! I tak się właśnie dzieje.

Gierymski nie był nigdy żonaty, nie miał też życiowej partnerki.
Nie znaczy to jednak, że nie interesował się kobietami.
W listach, które wymieniał z kolegami pojawiają się krótkie wzmianki o „dziewczynach”. Są to raczej przygodne znajomości, spotkania dla przyjemności.
Gierymski wielokrotnie na przestrzeni lat pisał, że najważniejsza jest dla niego sztuka i artystyczne ambicje. Niczego więcej nie chciał od życia.
Czy jednak zawsze tak było?
Na początku 1875 roku Aleksander Gierymski, początkujący wtedy malarz, znany bardziej jako młodszy brat zmarłego niedawno doskonałego artysty Maksymiliana Gierymskiego, przyjechał do Warszawy. Powód był smutny – śmierć ojca, ale sam pobyt okazał się bardzo udany.
Nie było to takie oczywiste, bo Aleksander, inaczej niż jego brat, który był otwarty i towarzyski, niezbyt dobrze radził sobie z ludźmi. Był podobno nieśmiały, a do tego niezależny, mocno trzymał się swojego zdania i swoich przekonań. Szybko się denerwował, bywał oschły i ironiczny.
Całkiem nieźle jednak odnalazł się w warszawskim środowisku. Pewnie dlatego, że uważnie wybierał swoje towarzystwo. Nie zadawał się, jak pisze Witkiewicz „z żyjącą po psiemu w Warszawie garstką malarzy”.

Bywał za to na spotkaniach, tzw. wtorkach w salonie u aktorki Heleny Modrzejewskiej. W „Encyklopedii Teatru Polskiego” czytam, że ten salon był najważniejszym z warszawskich salonów.
U Modrzejewskiej można było spotkać arystokratów i finansistów, ale też ludzi, którzy nie pasowali do nich zasobnością swoich portfeli (jeśli je w ogóle mieli). Ludzi, którzy często jedli tylko jeden ciepły posiłek w tygodniu, mieszkali w kilka osób w jednej pracowni i niezbyt często się myli, czyli młodych artystów.
Modrzejewska miała słabość szczególnie do trójki malarzy: Józefa Chełmońskiego, Adama Chmielowskiego i Stanisława Witkiewicza. Z Witkiewiczem połączyła ją zresztą serdeczna przyjaźń, Modrzejewska została nawet matką chrzestną jego syna Ignacego Stanisława, czyli późniejszego artysty Witkacego. Salon Modrzejewskiej łączył dwa światy.

Aleksander Gierymski nie należał do tej pierwszej, zamożnej grupy. Ale nie można go było też na początku 1875 roku nazwać człowiekiem ubogim czy zaniedbanym. Na zaginionym portrecie z tego czasu autorstwa doskonałej portrecistki Emilii Dukszty – Dukszyńskiej Aleksander wygląda niezwykle elegancko.
Pozuje zwracając się do artystki półprofilem. Dokładnie widać jego gustowną fryzurę, przycięte dość krótko włosy, po bokach zaczesane do tyłu, króciutka równo przycięta grzywka została podzielona przedziałkiem i wygładzona. Zapewne także pociągnięta pomadą, by nie traciła kształtu kiedy Gierymski wkładał i zdejmował cylinder.
Choć cylindra na portrecie nie ma to z relacji Witkiewicza, który był pod dużym wrażeniem Gierymskiego kiedy spotkali się w Warszawie, wiemy że cylinder był ważnym dopełnieniem stroju malarza. Do tego Aleksander miał delikatny wąs zachodzący za kąciki ust.
Na portrecie ubrany jest w ciemną marynarkę z pokaźnymi klapami. Spod marynarki wystaje koszula z wysoką, sztywną stójką o charakterystycznie załamanych rogach, które tworzą miejsce na precyzyjnie zawiązany węzeł krawata.
Obraz co prawda znany jest jedynie z czarno-białej fotografii, ale dzięki Witkiewiczowi wiemy jaki kolor miała marynarka Gierymskiego: była grantowa. Krawat miał kolor kremowy. Koszula zapewne była śnieżnobiała. Pięknie się musiał Gierymski prezentować! I jeśli w takim stroju odwiedzał salon Modrzejewskiej, a pewnie tak było, to musiał przyciągać uwagę.
A do tego był przecież utalentowanym, ambitnym 25-letnim, a więc młodym, artystą. Miał za sobą studia w Monachium na Akademii Sztuk Pięknych, pod okiem jednego z najlepszych profesorów – Karla von Piloty’ego. Zdążył też zwiedzić trochę świata – szczególnie Włoch. Na stałe mieszkał w Rzymie, podróżował jednak po całej Italii od Wenecji po Neapol i Capri.
O podróżach Aleksandra do Włoch i jego włoskim życiu przeczytasz TUTAJ.

Na początku 1875 roku w Zachęcie można było oglądać jego dwa obrazy inspirowane włoskim życiem, „Grę w mora” z 1874 roku przedstawiającą Rzymian grających w popularną i bardzo żywiołową grę polegającą na liczeniu oraz „Austerię rzymską”.
Ta druga praca niestety zaginęła, znamy ją m.in. z drzeworytu Józefa Holewińskiego opublikowanego w czasopiśmie „Kłosy” w 1881 roku. Oba obrazy to wielopostaciowe sceny pełne życia i energii, tak charakterystycznej dla Włochów.
Publiczność i krytyka oceniła je pozytywnie. Jedyne zarzuty, które się pojawiły dotyczyły głównie tematu, według krytyków zbyt plebejskiego. Mimo tego Gierymski był zadowolony z przyjęcia jego włoskich obrazów i jego samego w Warszawie. Interesowano się nim, chwalono, dzięki temu nabrał pewności siebie.

Takiego Aleksandra Gierymskiego poznała Helena Modrzejewska. Wtedy, w połowie lat 70 XIX wieku, Modrzejewska była aktorką znana w całej Polsce. Na tym etapie swojej kariery artystycznej, mając 35 lat, osiągnęła status gwiazdy. Była królową teatralnych scen. Grała najważniejsze role m.in. w dramatach Szekspira. Wszyscy chcieli ją oglądać, znać i z nią przebywać. Podobno roztaczała wokół siebie niezwykły czar. Nie była to jedynie kwestia urody, lecz sposobu bycia, poruszania się, charyzmy i inteligencji.
Temu niezwykłemu czarowi uległ Aleksander Gierymski. Nie bez znaczenia był pewnie fakt, że Gierymski interesował się teatrem. Chyba można nawet powiedzieć, że był jego miłośnikiem. Bo jak nazwać kogoś, kto chodzi do teatru codziennie? A tak właśnie Gierymski spędzał wieczory podczas pobytu w Neapolu w 1874 roku.
Także będąc już u siebie, w Rzymie, regularnie odwiedzał teatry, m.in. Teatro Valle jeden z ważniejszych i najbardziej prestiżowych teatrów w Rzymie. Przypuszczam, że Aleksandrowi imponowały role Modrzejewskiej i jej status gwiazdy. Może rozmawiali o sztukach, które widział ze Włoszech?
Może o Szekspirze? To temat, który ich łączył: Gierymski namalował scenę z „Kupca Weneckiego” Szekspira (temat co prawda narzuciła monachijska uczelnia w ramach corocznego konkursu, ale Aleksander otrzymał za swoje studium złoty medal, musiał więc znać tekst, który interpretował), a Modrzejewska kilka lat wcześniej grała w tej komedii jedną z głównych ról.

A jeśli nie o Szekspirze to pewnie wymieli kilka uwaga o sztuce, którą Modrzejewska żywo się interesowała. Możemy się tylko domyślać, bo ich prawdziwych rozmów nie odtworzymy.
To co nam zostało po tych spotkaniach w Warszawie to listy i obrazy Gierymskiego. Aleksander tłumaczył w nich, że zainteresowanie Modrzejewskiej jego osobą wynikało z tego, że był przez kilka tygodni sensacją w Warszawie. Był kimś nowym, wprowadził w towarzystwo powiew świeżości i oryginalność. Wszyscy się nim interesowali więc zainteresowała się też ona. Dodał też, że znaczenie mógł mieć jego młody wiek. Niewykluczone!
Jemu bardzo schlebiało to, że wielka aktorka, taka piękna kobieta, „królowa dystynkcji” jak o niej pisał, zwraca na niego uwagę.


Na czym polegało zainteresowanie Modrzejewskiej Gierymskim? Tego nie wiemy. Wiadomo, że było zachętą do tego żeby się w niej… no właśnie co? Gierymski chyba sam nie mógł się zdecydować. Czy to miłość, czy był zakochany – użył takich słów, ale nie wiemy jak je rozumiał.
Kilka zdań dalej, w tym samym liście denerwował się na męża Modrzejewskiej, Karola Chłapowskiego, że źle zinterpretował ich relację:
Czy była to więc pierwsza niewinna miłość czy tylko można było tę relację jako taką odebrać? Tego Gierymski nie sprecyzował, ale kilka akapitów dalej napisał o „ustępującej gorączce miłości”.
To co jest pewne to to, że uczucie do Modrzejewskiej go wyczerpało, a mówiąc dokładniej: wyczerpały go próby przełożenia go na płótno.
Powstały dwa obrazy, dwie wersje tego samego tematu o tym samym tytule – „Siesta włoska”. Pierwsza wersja znajduje się w Muzeum Śląskim w Katowicach, druga, nieco większa, inaczej zakomponowana, w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie.
Gierymski zaczął prace nad tą kompozycją po powrocie do Rzymu wiosną 1875. Tym razem wybrał bardziej wyszukany temat: kameralny koncert. Zdecydował też, że będzie to scena historyczna, konkretnie renesansowa. Malarz podziwiał włoskich mistrzów malarstwa renesansowego, oglądał ich prace podczas podróży z Maksymilianem m.in. w Wenecji. W „Sieście włoskiej” oddał im artystyczny hołd.

Pracę jak zwykle zaczął od szkiców, wykonał ich bardzo dużo. Skupił się szczególnie na postaci eleganckiej damy stojącej po lewej stronie kompozycji.
Jak pisze Ewa Micke-Broniarek: „W postawie, pozie i geście stojącej kobiety artysta usiłował odtworzyć z pamięci wytworny wdzięk oraz dystynkcję Heleny Modrzejewskiej.”
W pierwszej wersji kobieta uchwycona została z profilu. Widzimy jej upięte wysoko włosy, długa odkrytą szyję i obszerną rozchodzącą się ku dołowi suknię. Można odnieść wrażenie, że dostojnym krokiem, pełnym godności dopiero wkracza na schody, wokół których zebrało się towarzystwo. Przez to, że Gierymski namalował tę scenę rozmytymi plamami koloru wiele detali pracy nam umyka.

Druga wersja jest bardziej dopracowana nie tylko jeśli chodzi o szczegóły, ale także kolor. Gierymski mocniej nasycił i rozświetlił scenę koncertu.
Inaczej też ustawił główną bohaterkę. Teraz kobieta stoi do nas przodem, prawą rękę opiera o fragment kamiennej balustrady, w lewej trzyma rozłożony śpiewnik. Przychyla lekko głowę i śpiewa. Trudno dopatrzyć się w jej twarzy rysów Modrzejewskiej, jednak porównanie jej pozy ze zdjęciami aktorki nie pozostawia wątpliwości co do źródła inspiracji.
Kazimierz Tetmajer w „Tygodniku Ilustrowanym” pisał o obrazie tak:
Juliusz Starzyński interpretował te kolorystyczne eksperymenty Gierymskiego jako chęć „przeistoczenia się żywiołu muzycznego w malarski”.
Obie „Siesty włoskie” można uznać za zapowiedzi dalszych artystycznych poszukiwać malarza. A może nawet otwarcie nowego rozdziału w jego twórczości.

Po latach jeszcze jeden obraz połączył tę parę, choć już nie bezpośrednio. Chodzi o „Babę”, jak nazywał ten obraz w listach Gierymski. Obraz przedstawia starszą kobietę siedzącą na krześle w bardzo ciemnym wnętrzu, tak ciemnym, że bardzo trudno jest zobaczyć co jeszcze się w nim znajduje. Najważniejszym źródłem światła jest otwarty piec, przy którym ogrzewa się kobieta.
Buchające w nim płomienie odbijają się oczach czarnego kota, który ociera się o jej nogi, ale ona nie zwraca uwagi na zwierzę. Jest zamyślona, zasępiona, nieobecna. Dlaczego? Odpowiedź jest w tle. Musimy wytężyć mocno wzrok, a i to nie gwarantuje, że zobaczymy powód jej smutku. Pomaga nam druga wersja obrazu. Gierymski rozjaśnił wnętrze, zrezygnował z malowania mocno rozmytą plamą. Dzięki temu w tle możemy zobaczyć łóżko, na którym leży postać przykryta jasnym materiałem. Obraz został wystawiony w 1891 roku w Zachęcie pod tytułem „Staruszka czuwająca przy zmarłym”.

Modrzejewska kupiła ten obraz. W sprzedaży pośredniczył Witkiewicz. Jak widać aktorka dalej ceniła Gierymskiego i jego sztukę. Tym bardziej, że zakupiła obraz, który nie był jeszcze dokończony. Zapłaciła za płótno „paręset rubli”, jak podaje Witkiewicz, ale obrazu nigdy nie dostała.
Kompozycja została w pracowni Gierymskiego, który chciał jeszcze popracować nad fragmentem tła z łóżkiem i zmarłym. „Staruszka…” została wystawiona w Monachium, gdzie Gierymski chciał ją sprzedać, choć była przecież obrazem Modrzejewskiej! Wymyślił, że namaluje dla aktorki replikę obrazu. Tak powstała ta druga jaśniejsza wersja. Moim zdaniem zdecydowanie mniej interesująca. Nie trafiła ona jednak do aktorki. Co ciekawe pierwsza wersja nie została ostatecznie sprzedana. Oba obrazy zostały u Gierymskiego, teraz oba znajdują się kolekcji Muzeum Narodowego w Krakowie.
Gierymski i Modrzejewska nigdy się już nie spotkali. On związany był przede wszystkim z Włochami, tam też spędził ostatnie lata życia. Z czasem coraz bardziej izolował się od polskiego środowiska artystycznego. Utrzymywał kontakt jedynie z garstką osób. W 1892 roku, pisał do młodszej siostry Kloci: „W moim życiu spotkałem straszne mało ludzi, z którymi mógłbym się dzielić moimi pragnieniami. Czasami zdawało mi się, że znajduję to u moich zwykłych przyjaciół; była to tylko iluzja. Oczyściłem więc ten teren.”
Modrzejewska krążyła między Stanami Zjednoczonymi a Europą. Gierymskiego w swojej autobiografii wspominała tak:
Historia pobytu Gierymskiego w Warszawie i jego love story nie byłoby pełne bez jeszcze jednej postaci. Helena Modrzejewska nie była jedyną kobietą, którą Gierymski zainteresował wtedy w Warszawie. Był jeszcze ktoś.
Tajemnicza Ona. Nie znamy jej imienia i nazwiska. Gierymski poprosił Prospera Dziekońskiego o dyskrecję w tej sprawie, a przyjaciel dotrzymał obietnicy. Wiadomo, że pisała do Aleksandra po jego wyjeździe z Warszawy. Wysłała dwa listy, drugi jak pisze Gierymski był „słodko-gorzki”. Odpisał jej po dwóch miesiącach. Nie miał ochoty na kontakt ani z nią, ani z nikim innym. Na tym chyba skończyła się ich krótka historia. Kobieta była dla Gierymskiego „tamtą drugą” (tak ją określał). Pierwszą była oczywiście Modrzejewska.
Zaczęłam ten odcinek cytatem z listu, bardzo osobistego, do przyjaciela Prospera Dziekońskiego. Pomyślałam, że dobrze będzie też skończyć ten odcinek oddając głos Aleksandrowi:
Źródła:
- Dzimira – Zarzycka K. Własna pracownia. Gdzie tworzyły artystki przełomu wieków., Wydawnictwo Marginesy, 2025 r.
- Micke – Broniarek E., Aleksander Gierymski, w: Mistrzowie malarstwa polskiego XIX wieku, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2008 r.
- Starzyński J. (red.), Maksymilian i Aleksander Gierymscy. Listy i notatki, Zakład Narodowy Imienia Ossolińskich, Wydawnictwo Polskiej Akademii Nauk, 1973 r.
- Witkiewicz S., Aleksander Gierymski, 1903 r., Biblioteka Narodowa
- Wpis o Helenie Modrzejewskiej w Encyklopedii Teatru Polskiego, https://encyklopediateatru.pl/osoby/41524/helena-modrzejewska
- Nota katalogowa „Siesta włoska”, https://cyfrowe.mnw.art.pl/pl/zbiory/453182
- Nota Katalogowa „Staruszka czuwająca przy zwłokach I”, https://zbiory.mnk.pl/pl/wyniki-wyszukiwania/katalog/345145
- Nota katalogowa „ Staruszka czuwająca przy zwłokach II”, https://zbiory.mnk.pl/pl/wyniki-wyszukiwania/katalog/344917
- Oprowadzanie kuratorskie po wystawie „Aleksander Gierymski 1850-1901″, Muzeum Narodowe w Warszawie, Ewa Micke-Borniarek i Anna Lewandowska, https://www.youtube.com/watch?v=GgRzx-sXcBU
- Wykład „Aleksander Gierymski okiem psychiatry i psychologa”, Dorota Parnowska, Tadeusz Parnowski, Muzeum Narodowe w Warszawie, 2014, https://www.youtube.com/watch?v=-Ciw_bvpqh4









